GłÓWNA | SZTUKA | RYNEK SZTUKI | KULTURA | DESIGN | WYDARZENIA | AKTUALNOŚCI | PODRÓŻE | LOKALNIE | REFLEKSJE |

Fascynacje Kubrickiem: Barry Lyndon

21:26:00




Podobno w trakcie kręcenia poszczególnych scen w filmie, Kubrick serwował aktorom podkład muzyczny rodem z XVIII wieku w celu głębszego wczucia się i zaangażowania w pracę. Przyznaję, że zanim doczytałam tę ciekawostkę sama uraczyłam się dźwiękami ze ścieżki filmowej. Ba, męczę ją od tygodni, dzień  w dzień, aż do szaleństwa, o które powoli zaczynają mnie podejrzewać domownicy słysząc setny raz Trio op 100 Schuberta. Coś FANTASTYCZNEGO.


Ale od początku. Barry Lyndon (1975) to jeden z pierwszych filmów jakie Stanley Kubrick nakręcił, a ostatni, który miałam okazję oglądnąć, poznając bogaty dorobek mistrza. I chyba dobrze się stało, bo obawiam się, że pierwsze spotkanie z Kubrickiem właśnie poprzez ten obraz mogłoby mnie (mylnie!) znużyć. Nie chodzi o podnoszenie oceny filmu tylko ze względu na nazwisko reżysera. Wszystkie filmy Kubricka są bardzo specyficzne, pełne symboliki i bogatych powiązań, łączących w sobie kunszt dobrego kina, dźwięku, obrazu i głębokiej psychiki bohaterów. Myślę, że dopiero ta wiedza pozwala w pełni zrozumieć i odkrywać skarby ukryte w tym wypadku w podróży do XVIII wiecznego szlacheckiego świata.



Uważam, że film  mógłby być krótszy. Próba obiektywizmu wobec ulubionego reżysera zmusza mnie, żeby stwierdzić jedno: te 3 godziny to jednak trochę za wiele. Jako adaptacja XIX wiecznej powieści Williama Makepeace'a Thackeraya The Luck of Barry Lyndon film bardzo wiernie, z ogromną dbałością o szczegóły przedstawia ducha epoki w której przyszło Barremu żyć i wspinać się na wyżyny arystokracji, jest to jednak mimo wszystko opowieść bardzo długa i chwilami rzeczywiście nudnawa. Kiedy jednak pozostawimy w spokoju fabułę, która nie porywa z krzesła i nie ściska za gardło - wizualnie jest naprawdę pięknie. Żeby się o tym przekonać wystarczy zwrócić uwagę na zdjęcia, a raczej na obrazy, które w ułamkach sekundy kierują myśl ku płótnom Thomasa Gainsborough'a oraz Williama Hogartha. Nawiązanie do sztuki angielskich malarzy jest tutaj oczywiste i w równie oczywisty sposób ujęło moje serce. Malarski efekt potęguje zapewne maksymalne wykorzystanie światła naturalnego, Kubrick w wielu scenach zrezygnował  bowiem ze sztucznego oświetlenia, efektownie oświetlając wnętrza setkami palących się świec. Oscar za zdjęcia w pełni zasłużony.

























Kubrick w swej dbałości o wszystkie detale nie zapomniał jednak również o naszych uszach i bez zwątpienia mogę stwierdzić, że w przypadku tego filmu przesadził (oczywiście w dobrym znaczeniu tego słowa). Dobór dźwięków w Barrym Lyndonie jest bowiem tak idealny i tak doskonale współgra z wizją, że boję się ogromnie, iż takiego mistrzostwa w wywoływaniu emocji nie zobaczę jeszcze długo. Póki co nie smuci mnie to jednak zbytnio z racji, iż owa muzyka po prostu się nie nudzi i wykorzystane dzieła Schuberta, Handla czy Bacha są ponadczasowe, uniwersalne i naprawdę wspaniałe.


Barry Lyndon to wyjątkowo ambitne dzieło dla niebanalnego widza. Mnie ten  magiczny świat urzekł, pochłonął i zauroczył. Po miesiącu od domowej premiery jestem pod jego ciągłym wizualnym wrażeniem i z utęsknieniem włączam trio op 100 po raz kolejny, kolejny i kolejny.































You Might Also Like

0 komentarze

Zostaw komentarz, porozmawiajmy!