Moje małe piękne wesele

fot. Justyna z With love


O ile ślub był dla mnie bardzo ważnym i wyczekiwanym wydarzeniem o tyle samo wesele wzbudzało we mnie dużo dystansu i poczucia, że to jest coś czego tak naprawdę nie chce. W czasie pierwszych przygotowań usiadłam sobie na spokojnie i zaczęłam się zastanawiać, jaki jest sens takiej wielkiej i hucznej imprezy, na którą po prostu nas nie stać. Odpowiedzi było wiele, ale w zasadzie żadna nie wiązała się z naszą przyjemnością i czymś co będzie nas szczerze cieszyć. A skoro mam robić coś na siłę, tylko po to, żeby sprostać oczekiwaniom wszystkich tylko nie swoim własnym postanowiliśmy, że żadnego wystawnego wesela po prostu nie będzie. 

Pomyślałam przez moment, że w zasadzie to moglibyśmy gdzieś wyjechać i pojawić się  z powrotem już po fakcie, wygrała jednak chęć bycia w tym momencie z bliskimi i możliwość dzielenia się z nimi tym ważnych momentem. No własnie, z bliskimi, a nie z dalszą, wątpliwą rodziną, sąsiadami i innymi obcymi mi osobami, które miałabym zapraszać tylko dlatego, że to moja ciotka czy wujek, którego nie widziałam na oczy od 15 lat. Bliskość mierzy się przecież sercem a nie stopniem pokrewieństwa i najgorszym z możliwych argumentów, który mówi, że „tak wypada”.


Załatwiając kwestię związana z wielkością przyjęcia i liczbą gości pozostało bardzo wiele innych problemów natury ślubnej. Trzeba się przecież w coś ubrać, jakoś wyglądać, kupić bukiet czy ozdobić salę. Im więcej zagłębiałam się w tajniki funkcjonowania branży ślubnej, tym bardziej buntowałam się przeciwko wywalaniu pieniędzy w błoto. W białym biznesie funkcjonuje bowiem jedna, podstawowa zasada: jeśli coś jest ślubne, jest kilka razy droższe od reszty. Bardzo często rzeczy te nie są ani ładniejsze, ani lepsze (czasami jest zupełnie na odwrót). Oczywiście można machnąć ręką i stwierdzić, że to tylko jednorazowy wydatek, że ślub jest tylko raz w życiu i nie ma co oszczędzać. Ale można też, idąc za moim przykładem dopiąć swego i udowodnić, że ślub i wesele może być zarówno piękne jak i względnie tanie. Kiedy człowiek mniej przejmuje się sprawami materialnymi i ma tzw. luz w dupie nagle ma czas na to, co w takim momencie powinno być naprawdę ważne. Wyciszenie, spokój ducha, głęboka radość, ze zaraz powiemy sobie to sakramentalne „tak”… 

 
No dobra, żartowałam! 3 godziny przed ślubem biegałam za ciastem i tortem zapominając przy tym adresu cukierni. Makijaż? Zapomniałam się pomalować i robiłam to 10 min przed wyjściem. Gdzie są moje pończochy? Boże, szminka mi się rozmazała. Żadnych baloników, żadnych ozdób na auto. Fotografa też nie zamówiłam, na szczęście mam utalentowanych przyjaciół.



Wiszą, czekają.
Wspaniałe ślubne balerinki, tyle, że nie ślubne a zwykłe białe z H&M.



Nie mam dziecka, ale mam męża.




-Halo? Tort? O ku**a. Zapomniałam. 


 
Czarne skarpetki gdzieś się zapodziały.




Tutaj prawdopodobnie stwierdziłam, że się spóźnimy.
 

 

Bukiet robiony dzień wcześniej z goździków z targu za 20 zł.


Już po wszystkim. Błogosławię i możemy jechać. Dobrze mieć męża Retromaniaca, bo nie trzeba pożyczać samochodu. No chyba, że komuś z Was. Z przyjemnością.




Stary Sącz, piękny Sącz.



 

Słoiki po dżemie, wazony z Ikei i etykietki z allegro.




Sukienka! Panią Edytę z Krakowa z firmy Twój Ślubny Czas mogę polecić z radością. Jest profesjonalistką która zna się na rzeczy i robi to naprawdę tanio. 






Ale było fajnie 🙂



 

Mogą także Ci się spodobać