Introwertyk na festiwalu. Czy da się przeżyć na OFFie?

 

Henri de Toulouse-Lautrec, Taniec z Moulin Rouge, 1890

 

Opowiedzieć Wam coś zabawnego? Wzięłam udział w tegorocznej edycji OFF Festiwalu w Katowicach, i będąc już na miejscu, dopiero w 3 dni imprezy zdałam sobie, że jest ze mną dużo ludzi. A ja nie lubię ludzi. Nie chodzi o to, że jestem aspołeczna. Człowiek mnie fascynuje, uwielbiam przyglądać się innym, obserwować trochę z ukrycia (brzmi jakbym była jakimś psycholem), zastanawiać się co ludzie myślą i czują, jakie historie kryją się w ich głowach, jak wyglądają ich twarze, kiedy mają świadomość, że nikt nie patrzy. No mniejsza, lubię ludzi, ale jednostkowo, ponieważ tłumnie wzbudzają we mnie poczucie zagrożenia, męczą mnie, zgniatają jak imadło, osaczają, idąc zawsze w przeciwną, niż ja, stronę i napierając z całych sił. W takich sytuacjach ucieczka jawi się zawsze jako jedyna i słuszna droga, i tak też zawsze robię, ulatniam się szybko bocznym wyjściem, przez kolejne kilka dni zostając w domu i regenerując sporą utratę energii. 

 

 
No i mając właśnie takie podejście do imprez masowych, postanowiłam, chyba pod wpływem dziwnej odmiany amnezji, wybrać się na OFF Festiwal, jeden z głównych festiwali muzycznych w naszym kraju, który co roku kusi doskonałym line-upem. W tym roku, wiedziona wielką miłością do Gus Gus oraz formacji Kiasmos, czułam, że takie rzeczy na żywo, to będzie dla mnie po prostu ogromne szczęście, czemu więc nie doświadczyć go, nie podarować sobie tej muzycznej radości. 
 
OFF Festiwal to jednak nie tylko dwa wspomniane, doskonałe koncerty, ale 3 dni muzyki, zarówno elektronicznej, którą uwielbiam najbardziej, ale też rockowej, death metalowej, czy nawet folkowej – słowem, bardzo urozmaiconej. Czy to dobrze? Bardzo, bo chcąc nie chcąc pasowało oderwać się na chwilę od swojego świata i pozwolić, żeby inne dźwięki pobiegały trochę po mojej głowie, siejąc w niej, niejednokrotnie bardzo przyjemne spustoszenie. Tak się stało zwłaszcza w przypadku zespołu Pantha du Prince, Jambinai z Korei Południowej oraz polskiej formacji „Księżyc”. Dziwne wrażenie zrobiła na mnie zwłaszcza ta ostatnia. Nie wiem jak opisać dokładnie uczucie, jak towarzyszyło mi podczas koncertu. Dźwięki ich muzyki, inspirującej się muzyką ludową, przeniosły mnie w świat skansenu, pomiędzy drewniane łemkowskie chałupy, gdzie prędzej spotkać można strzygę niż żywego człowieka. Magiczne było to przeżycie, na granicy fascynacji i strachu, bardzo silne, przez co żywe jest także dzisiaj.  

 

fot. Przemek Nieciecki/PION

 

Zastanawiam się teraz, czy to owa magiczna siła nie sprawiła przypadkiem, że będąc w miejscu tak tłocznym, pełnym kolejek po piwo, czy do niebieskich toalet, zupełnie nie zwróciłam uwagi na fakt, że otoczona jestem tłumem, który tak mnie skutecznie za każdym razem odstrasza? Czy wobec tłumu można zastosować określenie, że był ładny? Bo ten, który towarzyszył mi na OFFie, nie przypominał w niczym żadnego innego, jaki miałam okazję spotkać – był ciekawy, wytatuowany, niezwykle kulturalny, i zamiast atakować mnie, z wielkim impetem napierał jedynie pod różne sceny, bawiąc się i  tańcząc w swoim świecie. To był fajny tłum, i dopiero w ostatni dzień zaczęła doskwierać mi niegasnąca chęć ewakuowania się do mojego sądeckiego, prowincjonalnego światka. Trzy dni wśród kilku tysięcy ludzi z poczuciem wewnętrznego spokoju i uśmiechem na twarzy? Naprawdę niezły wynik, wierzcie mi. 

Zdjęcia pięknych ludzi wykonał dla OFFa Przemek Nieciecki z PIONu 🙂

 

 

 

 

 

Mogą także Ci się spodobać