O jednym takim, co ukradł ‚Mona Lisę’

 

Zabezpieczenia dzieł sztuki w większych muzeach nie robią już na nas żadnego wrażenia. Wiemy że są, że jest ich dużo i doskonale zdajemy sobie sprawę, że każda próba zbliżenia do dzieła skończy się upomnieniem strażnika lub alarmem dźwiękowym. Są też i takie obrazy, jak chociażby bohaterka dzisiejszego wpisu, Gioconda, której dotknąć się nie da, ponieważ na stałe prezentowana jest w pancernej gablocie. No dobrze, ale Mona Lisa znajduje się w Luwrze od początku XIX wieku, jak więc strzeżono jej wtedy? Równie skutecznie? A no właśnie, nie koniecznie. 
 
„Mona Lisa” w Luwrze, fot. domena publiczna
 
W 1911 roku fakt ten wykorzystał złodziej, dopuszczając się najsłynniejszej i najgłośniejszej kradzieży dzieła sztuki w XX wieku. Jego łupem padła słynna Mona Lisa Leonarda da Vinci, obraz uznawany obecnie ze jeden z najsłynniejszych w dziejach sztuki. Pewnego sierpniowego dnia, podczas nieobecności strażnika, złodziej bez większego problemu wyciął Giocondę z ramy i wyniósł z muzeum. Wieść o bulwersującej kradzieży z prędkością światła rozeszła się po całej Francji, krzycząc z nagłówków wszystkich gazet. Niestety, chociaż Luwr zamknięto aż na tydzień w poszukiwaniu dowodów i jakiegokolwiek tropu, obraz zdawał się wyparować, a policja francuska nie była w stanie namierzyć sprawcy. Jedyne co udało się ustalić, to fakt, że obraz skradziono najprawdopodobniej rankiem, 21 sierpnia, kiedy pilnujący go strażnik udał się na… papierosa. W zasadzie to mogłoby być całkiem niezłe hasło kampanii antynikotynowej: Nie pal, bo okradną cię z Mona Lisy.
 
Leonardo da Vinci, „Mona Lisa”, fragment, 1503-1505
 
Po długotrwałym śledztwie, we wrześniu policji udało się dokonać pierwszych zatrzymań związanych z kradzieżami, których w Luwrze było zdecydowanie więcej. Na pierwszy ogień poszedł Guillaume Apollinaire, słynny francuski poeta, który rzekomo miał mieć coś wspólnego z kradzieżą fenickich dzieł sztuki. On winny nie był, ale miał kiepskich znajomych, zwłaszcza jednego, który okazał się całkiem niezłym złodziejaszkiem. Géry Piéret, bo to o nim mowa, wpadł nawet na genialny pomysł, podszywając się pod złodzieja Mona Lisy i żądając okupu za jej zwrot. Na jego nieszczęście, policja nie dała się nabrać. 
„Mona Lisa” powraca do Luwru, 1913, fot. domena publiczna
 
Po dwóch latach bezskutecznych działań, w końcu nastąpił przełom w śledztwie, a to za sprawą pewnego mężczyzny, który skontaktował się z florenckim handlarzem sztuki Alfredem Geri, oferując Giocondę na sprzedaż. Złodziej tłumaczył, że chciałby, aby obraz powrócił do swojej ojczyzny, czyli  do Włoch. Oczywiście, handlarz o całej sytuacji poinformował czym prędzej dyrektora Galerii Uffizi, gdzie znajduje się druga wersja Mona Lisy, biorąc pod uwagę, że może to być jej kopia. Jak się jednak okazało, obraz okazał się być oryginałem, o czym zawiadomiono niezwłocznie francuską policję. 
 
Vincezo Peruggia, fot. kartoteka policyjna, domena publiczna

Złodziejem okazał się Vincenzo Peruggia, włoch pracujący w Luwrze od 1908 roku przy oprawianiu obrazów. Nic więc dziwnego, że tak dobrze znał  sposób pilnowania dzieł sztuki i rytm pracy strażników. Biorąc pod uwagę możliwe patriotyczne pobudki kradzieży, Peruggia sądził najprawdopodobniej, że obraz trafił z Włoch do Francji za sprawą grabieży wojennych Napoleona. Mona Lisa nie była jednak nigdy łupem – Franciszek I zakupił obraz od Leonarda da Vinci jeszcze za życia malarza i od tamtej pory dzieło znajdowało się we Francji. Peruggia, oprócz francuskiego mieszkania, posiadał drugie we Florencji, gdzie postanowił sprzedać obraz. To właśnie wtedy dzieło po raz pierwszy opuściło francuską granicę. Złodziej za swój czyn został skazany na rok więzienia, jednak w rezultacie odsiedział jedynie siedem miesięcy. Później służył we włoskiej armii w czasie I wojny światowej, a po jej zakończeniu powrócił do Francji i prowadził tam, o ironio, sklep z obrazami. 
 
Marcel Duchamp, „Mona Lisa z wąsami”, 1919
 
Dla mnie Gioconda chyba już na zawsze pozostanie zagadką, i to nie z powodu jej tajemniczego uśmiechu, ale tak ogromnej popularności. Aż by się chciało zapytać: dlaczego właśnie ona?
 
Ja się przyznaję, że nie wiem. 

Mogą także Ci się spodobać