Z pamiętnika muzealnika: Czego nauczyła mnie praca w skansenie?

 

Kadr z planu „Karolina. Wielkie wyzwanie”, fot. Piotr Droździk 


Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu, miejsce mojej pracy, ma sporo różnych oddziałów, w tym, chyba jeden z piękniejszych, a mianowicie, Sądecki Park Etnograficzny. I chociaż obecnie na co dzień pracuję w Dziale Sztuki, a więc na stanowisku merytorycznym w Gmachu Głównym, to jednak bywały momenty dłuższe bądź krótsze w mojej muzealnej karierze, kiedy to właśnie w skansenie upływały mi letnie czy jesienne dniówki. Bywało, że narzekałam czasami na pracę na świeżym powietrzu, zwłaszcza kiedy nie sprzyjała aura, bądź przeciwnie, gdy żar z nieba nęcił tabuny turystów, aby ochłodzili się w cieniu drzew i we wnętrzach zrębowych chałup. Opcja nr 2 oznaczała jedno: jako przewodnik po tych miejscach trzeba było sprostać oczekiwaniom zwiedzających, a więc dużo mówić, opowiadać, odpowiadać na pytania i informować o wielu istotnych sprawach ten dwudziesty, a czasami setny raz. 

fot. Piotr Droździk

 

 

To nie zawsze było doświadczenie szalenie miłe i łatwe, zwłaszcza gdy się jest człowiekiem w głębi serca zamkniętym, takim o dość introwertycznym schemacie działania, który kocha wewnętrzną ciszę i spokój. Mimo to, kiedy patrzę na te minione dni w skansenie, zwłaszcza z perspektywy czasu i biurka stwierdzam, że zarówno możliwość pracy w takim miejscu jak i zetknięcia się z nowymi wyzwaniami okazała się jednym z ważniejszych doświadczeń w moim życiu. Ostatnio dużo się mówi o wyjściu ze strefy komfortu, zwłaszcza w takim kołczingowym wydaniu, ale właśnie tak określiłabym te momenty, gdy musiałam stanąć na wysokości zadania i robić w swoim życiu rzeczy, które wcześniej uznałabym za totalnie niemożliwe. Efekt? Nie dość, że podołałam to jeszcze uważam, że te nowe skile w pewnym sensie mnie naprawiły i mają wielki pływ na to, co i jak robię obecnie. 

fot. Piotr Droździk

 

 
Pewność siebie
 

Wystąpienia publiczne od zawsze były dla mnie jednym z większych koszmarów, dlatego pamiętam jak dziś ten moment, kiedy jeszcze będąc na praktyce stażowej, musiałam po raz pierwszy stawić czoła wyzwaniu, jakim było dla mnie dwugodzinne oprowadzanie turystów po skansenie. Miałam wtedy wrażenie, że cała ta teoria, którą musiałam wcześniej przyswoić błyskawicznie wyparowała i że właśnie czeka mnie pierwsza tak imponująca kompromitacja na oczach 30 osób, które zapłaciły za merytoryczną opiekę , a trafi im się jedynie moja niezdarna cisza i żałosne jąkania. I wtedy właśnie okazało się, że trema podziałała motywująco i żadnej kompromitacji nie było. Co więcej, nie dość, że się nie jąkałam, to jeszcze widząc szczere zainteresowanie w oczach turystów, czułam się coraz pewniej i coraz płynniej starałam się opowiedzieć im zwłaszcza to, co sama uznałam za wyjątkowo interesujące i ważne. W rezultacie grupa podziękowała mi za bardzo miłą, wartościową i ciekawą wycieczkę. Nie przyznałam się wtedy, że to był pierwszy raz. Później był drugi, piąty i kolejny, a ja przy każdym nowym podejściu czułam się pewniej, lepiej i swobodniej. Muszę przyznać, że zostało mi to do tej pory i chociaż zawsze odczuwam przed wystąpieniem tremę, to jest ona motywująca i doskonale udaje mi się przekuć wszystkie te obawy w sukces. Teraz otwieram wystawy, występuję w radio, prowadzę lekcje muzealne i oprowadzam. I wiem, że to właśnie skansen mnie do tego solidnie przygotował. 

fot. Piotr Droździk

 

 
Cierpliwość
 
Praca z ludźmi, z dużą liczbą osób, które bardzo licznie odwiedzają skansen w tzw „sezonie”, a więc w miesiącach ciepłych, to dość wyczerpujące zajęcie. I nie mam na myśli jedynie samego oprowadzania, które, chcąc nie chcąc, brzmi trochę (głównie dla samego przewodnika) jak mantra wybrzmiewająca od rana do wieczora. Nie oszukujmy się, ludzie są różni, mają odmienne charaktery, usposobienie, podejście do świata, do drugiego człowieka, do historii, do przyswajania nowych informacji, etc. Oczywiście wśród zwiedzających zdecydowanie przeważali Ci sympatyczni, których aż miło było oprowadzać, ale nie ma co ukrywać, byli i tacy, których niemiłe odzywki, gburowate spojrzenia i wieczne pretensje zostawały we mnie na bardzo długo, powodując kotłujące się wciąż pytanie: czym sobie zasłużyłam? To były niestety rozmyślania bez odpowiedzi, dlatego po pewnym czasie, zamiast obwiniać się i dobierać sobie różne rzeczy do głowy, dotarło do mnie, że ludzie bywają beznadziejni po prostu, z natury. Nadal ciężko mi uwierzyć, że na sympatię drugiego człowieka można reagować aż tak agresywnie i bez krzty empatii epatować swoją nienawiścią do całego świata, niemniej, nauczyłam się to cierpliwie znosić. Czy było mi łatwiej? O wiele, bo potrzebę walki z głupotą zastąpiłam wypracowanym wewnętrznym spokojem, który do teraz stanowi całkiem niezłą tarczę w starciu z wrednymi i w głębi serca nieszczęśliwymi lokatorami tego świata.

 

fot. Piotr Droździk

 

Pokora
 

Skoro już o różnorodności zwiedzających mowa, to muszę zaznaczyć, że byli wśród nich także tacy, z którymi spotkania miały bardzo silny i szalenie pozytywny wydźwięk. Mowa tu zwłaszcza o ludziach, których wiedza na dany temat okazywała się być niedostępną górą, ośmiotysięcznikiem naukowego doświadczenia. Wtedy ja, stojąc pokornie na samym jej dole, pozwalałam sobie na rozkoszowanie się samym jej widokiem i nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie planowałam się na nią wspinać. To były doskonałe momenty, które ubogacały mnie w nową wiedzę i informacje cenniejsze niż złoto, uświadamiając jednocześnie, że droga poznania całej złożonej prawdy o świecie nie skończy się w zasadzie nigdy. Cenię sobie bardzo, zarówno ludzi szalenie mądrych jak i lekcję pokory płynącą z takich spotkań. „Ty jeszcze mało wiesz, naprawdę mało wiesz”. 

fot. Piotr Droździk


Co istotne, w skansenie nie ma miejsca na wydumane ego także z innych, dość prozaicznych powodów. Bo chociaż miejsce to bywa pretekstem do intelektualnych dysput, to jednak później musisz chwycić za miotłę i pozamiatać klepisko, musisz trochę pomarznąć w deszczu bądź schować się przed nim w środku, w izbie, gdzie cała rodzina mieściła się na kilku metrach kwadratowych, a i tak najwięcej przestrzeni było zagospodarowane dla krowy. Ta trudna do zrozumienia, wiejska hierarchia wartości czasami mocno dawała po głowie. Wystarczyło przez chwilę wyobrazić sobie, że to wnętrze żyje, że dzieci kłębią się wraz z rodzicami na jednym wyrze, że krowy srają i muczą co oznacza, że trzeba je wydoić i wyprowadzić, że liczy się tylko fakt, że na obiad na szczęście wystarczy dziś ziemniaków, które wszyscy będą jedli z jednej miski. 

fot. Piotr Droździk

 

 
Szacunek
 
Do końca życia nie zapomnę tej wizyty. Byłam wtedy w jednej z łemkowskich chałup i zamiatałam podłogę. Do środka wszedł starszy pan, zerknął na stojący pośrodku izby stół, wziął do ręki łyżkę wystającą z misy i rozpłakał się. Byłam świadkiem, kiedy powrócił wspomnieniami do tego miejsca i tej łyżki z małą wyrytą literką, wyrytą przez niego, w jego rodzinnym domu, który obecnie służy jako eksponat i udowadnia, że życie naprawdę wyglądało kiedyś inaczej. Dotarło do mnie, że to jednak nie jest zwykła chałupa, stare krzesło, zniszczony garnek. Nabrałam większego szacunku dla tych rzeczy, zrozumiałam, że chociaż martwe, nadal noszą w sobie ślad życia i odcisk ważnych wspomnień, do których z pewnością wielu powracało z trudem i bólem. 
 
Dużo miałam takich sytuacji, które budziły we mnie wzruszenie i nostalgię za czasami, których nigdy nie poznałam. 
 
fot. Piotr Droździk

 

Poczucie tożsamości


To chyba przez skansen zaczęłam zwracać większą uwagę na to kim jestem, skąd pochodzę, kim była moja rodzina. Przestałam marzyć o szlacheckich korzeniach, rozumiejąc jak ważni byli Ci przodkowie, którzy z trudem sadzili na polu ziemniaki i zarabiali pilnując dobytku tym bogatszym. Moja prababcia właśnie w ten sposób zajmowała się gospodarstwem bogatego rolnika na wsi, była pracowita, dzielna, silna. Na zawsze zapamiętam ją w uroczej chuścinie na głowie, siedzącą na małym rozkładanym krzesełku i pasącą kozy. Potrafiła tak godzinami przesiadywać i cieszyć się widokiem tych zwierząt, rozmyślając, modląc się, być może także za mnie. Gdy o tym piszę łzy same napływają mi do oczu. Właśnie taka była. Prababcia Rózia. 

fot. Piotr Droździk

 

 

 

***


Szanuję skansen, ciesze się, że jest, doceniam to, że mogłam i pewnie nieraz jeszcze będę mogłam tam pracować. Szanuję ludzi, którzy przyczynili się do jego powstania oraz tych, którzy nieustannie dbają o to, aby był autentycznym świadectwem tego, co minione w naszym regionie. Jeśli tylko będziecie w okolicy Nowego Sącza to zachęcam Was do tego niezwykłego i malowniczego spotkania z przeszłością. To naprawdę dobrze robi człowiekowi na serce. I głowę. 



Wszystkie piękne zdjęcia wykonał Piotr Droździk, nasz muzealny fotograf



Mogą także Ci się spodobać