Historia sztuki? A komu to potrzebne? Jak to się stało, że robię to, co lubię

Kiedy pytana o kierunek studiów odpowiadałam zawsze dumnie: historia sztuki, wiele osób patrzyło na mnie z politowaniem, jak na kogoś, kto chyba nie jest do końca świadomy tego, w co się właśnie wpakował. Pamiętam, że kiedy tuż po studiach zarejestrowałam się w Urzędzie Pracy, w systemie komputerowym nie było nawet żadnego tytułu, który mógłby pasować do mojego wykształcenia. Historia, owszem, jest, ale jakaś historia sztuki? A komu to potrzebne?

Od 2 klasy liceum wiedziałam bardzo mocno czego chcę. Nie byłam pewna, czy jestem w kimś zakochana, miałam wątpliwości co do ulubionego koloru włosów, który zmieniałam zdecydowanie za często, ale wiedziałam, że w życiu chce zajmować się sztuką, poznawać ją, zagłębiać się w jej tajniki, przeżywać, analizować, badać. Uczęszczając do liceum plastycznego bardzo szybko pojęłam, że nie będę malarką, że nie mam ani talentu, ani artystycznej wyobraźni, która pozwoliłaby mi wykreować coś więcej, niż tylko poprawnie odwzorowany rysunek.

 
E. Manet, „Emil Zola”
 
Historia sztuki była moim jedynym celem. Nie miałam żadnej alternatywy, nie składałam dokumentów na inne uczelnie i kierunki – stwierdziłam, że albo się dostanę, albo nie będę studiować w ogóle. Najpierw 3 lata na studiach zaocznych, później magisterka dzienna. Pięć lat naprawdę świetnego czasu minęło zdecydowanie za szybko, i nim się obejrzałam, wróciłam do rodzinnego domu z pięknym dyplomem obronionym na pięć i wielkimi marzeniami, aby pracować w sądeckim muzeum. Rodzicie nigdy nie naciskali na mnie, sugerując, że nie znajdę pracy w zawodzie. Ja sama miałam wiele wątpliwości i obaw, ale stwierdziłam, że skoro później i tak nie będzie mi dane robić tego, co kocham, to przynajmniej na studiach będę się świetnie bawić. Wybierając historię sztuki nie można mieć żadnych złudzeń – rynek pracy w tym zawodzie jest cholernie trudny. Nie oznacza to jednak, że trzeba rezygnować z marzeń. Ja nie zrezygnowałam i obecnie uznaję to za jeden z moich większych życiowych sukcesów. W końcu nie ma nic piękniejszego, niż praca, która przynosi radość, satysfakcje i pieniądze. 
 
Zanim jednak dotarłam na swojej zawodowej drodze do punktu, w którym jestem teraz, przebrnęłam przez wiele różnych innych prac, zajęć i inicjatyw, nie zawsze związanych ze sztuką. Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, uważam, ze to było bardzo dobre. Ja rzadko kiedy patrzę na porażki czy potknięcia, które mnie spotkały, jak na coś złego. Bliżej mi raczej do zasady, że człowiek uczy się całe życie, a najbardziej to właśnie wtedy, kiedy dostanie mocno po dupie, i gdy nie wszystko układa się po jego myśli. To przewrotne, ale tylko wtedy skłaniałam się ku głębszej refleksji nad sobą i tym, co dalej. 
 
Wiele osób mówi mi, że mam wielkie szczęście spełniając się zawodowo. Nie każdy jednak wie, że w czasie studiów zaocznych, pracowałam jako ogrodniczka – pieliłam i podlewałam kwiatki w sklepie z artykułami do domu i ogrodu. Układałam doniczki na półkach i ucinałam firanki na dziale z pasmanterią, kiedy koleżanka była na przerwie. To była moja pierwsza w życiu praca, którą bardzo dobrze wspominam. To wtedy zarobiłam swoje pierwsze pieniądze i dowiedziałam do czego skłonne są wredne i zazdrosne koleżanki. Piękna szkoła życia. 
 
A. Renoir, „Zbierający kwiaty”
 
 
Później był hotel i praca na recepcji, która zmusiła mnie do otworzenia się na ludzi w stopniu, który wydawał mi się wcześniej zupełnie niemożliwy. Nie mogłam się schować pod ladę, ani udawać, że nie słyszę. Musiałam patrzeć w oczy i mówić, po polsku, po angielsku. Żeby tego było mało, musiałam też liczyć, odbierać telefony (za jakie grzechy), przyjmować rezerwacje, łagodzić spory, przepraszać za suche bułki podczas śniadania, dbać o wizerunek firmy, być miła, uśmiechnięta. Brzmi strasznie, ale o to chodziło – aby być w pracy profesjonalistą. 
 
E. Manet, „Bar w Folies-Bergere”
 
Na 5 roku studiów założyłam bloga, który w niczym nie przypominał tego, co możecie tu przeczytać obecnie. To było takie miejsce osobistych refleksji, gdzie zamiast sztuki pisałam wiersze, smuciłam się i wydawało mi się, że z miłości i niezrozumienia świata to ja umrę bardzo prędko. Na szczęście nie umarłam i w pewnym momencie przebranżowiłam się z Rajstop Hrabiny (być może niektórzy jeszcze je pamiętają) na Minervę, która największą przyjemność odnalazła w pisaniu o sztuce. 
 
H. Toulouse-Lautrec, „Suzanne Valadon”
 
 
To właśnie dzięki prowadzeniu bloga dwa lata temu dostałam propozycję pracy w kwartalniku „Artysta i Sztuka”. W tym czasie byłam już pracownikiem muzeum, ale droga do upragnionej posady była bardzo żmudna. Najpierw staż jako przewodnik, później niepewne zastępstwo za koleżankę, kolejno miesiąc próbny w wymarzonym dziale i dwa lata pracy na pół etatu. Bardzo często miałam ochotę to wszystko olać, zwłaszcza, że pół wypłaty to bardzo mało. Podświadomie wiedziałam jednak, że muszę być cierpliwa i konsekwentna, bo to się opłaci. To dzięki temu doczekałam się posady na pełen etat w Dziale Sztuki, gdzie czuję się jak ryba w wodzie, choć przyjemności pracy w muzeum przeplatają się codziennymi obowiązkami i dużą odpowiedzialnością za wszystkie narodowe dobra. 
 
Nigdy nie czułam się kompetentna do dawania ludziom rad i motywowania ich do działania, sądzę jednak, że mój sukces zawdzięczam swojej determinacji i świadomości, czego od życia oczekuję. W przeciwnym razie zakończyłabym studia na 1 roku, kiedy musiałam zmierzyć się z niezwykle trudnym egzaminem komisyjnym ze sztuki bizantyńskiej. Było bardzo ciężko, ale udało się. W zasadzie to cały czas się udaje, i to nie dlatego, że mam szczęście, ale dlatego, że nadal walczę o tę pozycję. Myślę, że ta determinacja jest tu kluczowa, bez względu na to, czy myślicie o pracy w muzeum, w galerii sztuki, antykwariacie, gazecie czy marzy Wam się własny biznes. 
 
Historia sztuki jest fajna, ale musicie ją czuć i mieć na siebie pomysł. No i musi Wam się nieustannie chcieć – to jest tak naprawdę jedyna rada, jaką mogę Wam dać.  
 
 

Mogą także Ci się spodobać