O pięknie nie zawsze estetycznym

 

Fot. Helen Carmina
 

 

Wahałam się trochę czy wdawać się w dyskusję związaną z tą fotografią, która obiegła już pół świata i na pewno dotarła już do części z Was. W końcu temat macierzyństwa jest mi jeszcze obcy a publikacje dzieci w sieci, zwłaszcza takich małych gotują mi krew w żyłach. Wiecie o czym mówię. Te zdjęcia w tle ledwo co urodzonych maluchów, które przecież może i są wspaniałe, zwłaszcza dla ich rodziców, ale nie ukrywajmy, urodą nie grzeszą i teksty typu „jaki podobny do tatusia” sugerują raczej nie urodę dziecka, ale umiłowanie do opuchlizny i czerwonego nosa. O ile rzeczywiście wiele takich intymnych i osobistych fotografii wrzuconych do sieci mnie oburza, tę jednak traktuje inaczej. Może dlatego, że patrzę na nią pod kątem sztuki, gdzie przecież nagość już dawno przestała jakkolwiek szokować. Ta fotografia nie jest dla mnie portretem konkretnej matki, blizny czy niemowlaka. Przecież pokazuje tylko część ciała kobiety, która  mimo indywidualnych różnic w fizjonomii wygląda w gruncie rzeczy tak samo. Nie próbuję nikomu wmówić, że to jest ładne, albo estetyczne, bo pewnie nie jest. Zapominamy jednak, że czasami pomiędzy pięknem a tym co ładne nie ma znaku równości. Piękno ma tą ogromną zaletę, że posiada warstwy. Ta pierwsza, zewnętrzna może w tym wypadku odpychać. Ja nie mam z tym problemu, ale rozumiem, że kogoś może, z różnych powodów, których nie mam zamiaru tu omawiać. Dla mnie piękno tego zdjęcia tkwi głębiej. Jest artystycznym i jednocześnie bardzo prostym przekazem, który informuje mnie o wielu ważnych kwestiach, głównie jednak o tym, że macierzyństwo (świadome i dobrowolne – żeby mi tu nikt zaraz nie wyskoczył z jakimś tekstem, że do czegoś namawiam) to piękny wybór kobiety, że bycie matką to też poświecenie i blizny, że czasami takie „znaki” na ciele potrafią upiększyć a nie oszpecić. Historia sztuki wiele razy udowodniła, że piękno bywa nieestetyczne. To fotografia pięknie to podkreśla.


Uwaga na marginesie:

 

Z góry bardzo przepraszam, że to zrobię, ale wszystkim tym kobietom, które uważają, że położenie dziecka w okolicy narządów rozrodczych to obrzydliwa sprawa muszę coś wyznać: Drogie panie, dzieci rodzą się przez pochwę. Wiem, też nie mogę się otrząsnąć, ale to niestety fakt. No chyba, że pojawi się potrzeba cesarskiego cięcia, którego ślady widoczne są na fotografii. To już wtedy tragedia. Przecież to nie matka wtedy rodzi tylko lekarz i pielęgniarki. No tak. 

 

 

 

 

Mogą także Ci się spodobać