9 dzieł sztuki, na które nie mogę patrzeć. Subiektywny wybór odpychających prac

Widok tych prac mnie obrzydza. Nie pytajcie mnie dlaczego, ponieważ nie wiem. Obcowanie z nimi napawa mnie lękiem i strachem. Każda kolejna sekunda wpatrywania się w płótno, rzeźbę czy performance sprawia, że coraz bardziej kręci mi się w głowie. To jedyne momenty, w których marzę, aby jak najszybciej wybiec z muzeum, bądź wyrzucić z rąk przeglądany album i ukryć się gdzieś daleko od tych stresujących mnie rzeczy. Na nic zdaje się fakt, że są to dzieła bardzo dobre, że artyści, którzy je wykonali należą do kanonu sztuki. Żaden z tych argumentów do mnie nie przemawia. 

Nie sądzę, żeby coś dało się z tym zrobić, na próżno też szukać winnych, no chyba, że w mojej podświadomości. To jest dokładnie tak, jak z jedzeniem ananasa. Większość zapewne uwielbia, a ja nie jestem w stanie przełknąć. Właśnie o moich „ananasach” ze świata sztuki postanowiłam Wam dzisiaj napisać.


Witold Wojtkiewicz

 
Stresują mnie te malarskie twarze, stresują dzieci przedstawiane niczym zużyte marionetki, czy stare lalki rzucone na strych. Świat Wojtkiewicza to mieszanka baśniowości, groteski, ale też lęku, grozy i niepokoju, jaki nieustannie serwuję mi chociażby ten łysy chłopiec galopujący na koniu. „Porwanie królewny” widziałam na żywo w Muzeum Narodowym w Warszawie i stwierdzam jedno: chciałabym o tym jak najszybciej zapomnieć.

 

„Porwanie królewny”, 1912, źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

 

Jan Lebenstein 

Kiedy patrzę na tego odpychającego mnie stwora, to zastanawiam się, czy w ogóle muszę tłumaczyć jakkolwiek fakt, że jest obrzydliwy. No przecież widać. Wiem jednak, że ile patrzących, tyle odczuć i opinii, na dodatek skrajnie różnych. No więc z Lebensteinem problem polega na tym, że jego prace wzbudzają we mnie ogromny wstręt. Myślę, że to zasługa tej chropowatej struktury, bardzo dla tego artysty charakterystycznej, oraz tematyki, bo tego typu fantazyjne stwory zawsze napawają mnie wielkim lękiem. 

 

„Ogród”, 1965, źródło: fairfieldauction.com
 
 Tadeusz Brzozowski
 

Prace naprawdę świetnego Tadeusza Brzozowskiego są dla mnie nie do zaakceptowania. Chciałabym, ale szczerze nie potrafię. Wszystkie te formy, ta swoista abstrakcja organiczna (wymyśliłam hasło na potrzeby tego malarstwa, ale okazuje się, takowe już w sztuce funkcjonuje) momentalnie wzbudza we mnie odruch wymiotny. Negatywnie działa tu zarówno kolor, jak i plama, mazista i lejąca się, przypominająca miejscami organy wewnętrzne czy plazmę z której niebawem wyłoni się jakiś krwiożerczy potwór. Ohyda.

 

„Imperatryca”, 1972, źródło:  Agra-art
Salvador Dali
 
No proszę, mistrz surrealizmu, wielki i genialny już za życia, a ja mam czelność jakkolwiek go krytykować? No właśnie nie. Bardzo chcę, żebyście wiedzieli, że ja Salvadora bardzo cenię i naprawdę uważam go za mistrza. Po prostu stylistyka jego dzieł w niektórych przypadkach drastycznie mną poniewiera. Serio, patrzę na to i czuję, jak mi się wnętrzności z wrażenia przewracają. Co ciekawe, podobnie jak u Brzozowskiego, formy w „Wielkim masturbatorze” również kojarzą  mi się z jakąś organiczną substancją, która się obrzydliwie rozpływa na wszystkie strony. No i ten żółty kolor! Ta maź z pewnością jest lepka i bardzo brzydko pachnie. Czy istnieje fobia przed glutem? Chyba posiadam takową. 
 
Wielki masturbator”, 1929, Muzeum królowej Zofii w Madrycie
 
 
 Zdzisław Beksiński 
 
Jeszcze niedawno Beksiński byłby pierwszym artystą, o którym pomyślałabym przy okazji tworzenia tej „czarnej listy”. Jego malarstwo zawsze było dla mnie demoniczne, ciemne i mroczne, na tyle, że przeglądanie reprodukcji w albumie bardzo szybko zaczynało sprawiać mi jakiś wewnętrzny dyskomfort i ból. Niemniej, jakiś czas temu wybrałam się, trochę ze strachem, na otwarcie jego wystawy w Krakowie i totalnie przepadłam, bo okazało się, że jego prace na żywo są tak doskonałe, że nie można oderwać od nich wzroku. Nagle temat, jakkolwiek mroczny by nie był, przestał mieć dla mnie znaczenie. Nic nie straszyło, wszystko stało się doskonale piękne. Tylko te reprodukcje w sieci nadal do mnie nie przemawiają. 

 

„Bez tytułu”, 1984

 

Magdalena Abakanowicz
 

Problem z rzeźbami pojawia się u mnie zazwyczaj wtedy, gdy osiągają naturalną wielkość i mam wrażenie, że za moment ożyją. Własnie tak dzieje się w przypadku postaci ludzkich z „Tłumu” Magdaleny Abakanowicz, które nie dość, że wielkie, to jeszcze stworzone zostały z rożnego rodzaju włókien. No wiecie, znowu ta szorstkość, ta nerwowa faktura, na którą mam chyba jakieś poważne uczulenie. 

„Tłum”, 1995,  materiały prasowe Muzeum Narodowego we Wrocławiu

 

 Olga Boznańska


Czy ja pisałam szorstkość? Proszę bardzo, kolejny przykład, który potwierdza moją konsekwencję w nielubieniu tego typu rzeczy. Doskonała malarka Olga Boznańska i „Portret Anny Saryusz-Zaleskiej”, którego widok sprawia, ze momentalnie na mojej twarzy rysuje się niekontrolowany grymas. Ten siny wręcz kolor policzków, rozedrganie farby, ta szorstkość właśnie! Przepraszam wszystkich fanów, no ale niestety, dla mnie paskudztwo. 

„Portret Anny Saryusz- Zaleskiej”, 1899, Muzeum Narodowe w Warszawie

 

Maria Pinińska – Bereś
 

Mam wrażenie, że staję się strasznie monotematyczna, bo znowu przedstawiam przykład, który nawiązuje mocno do świata organów wewnętrznych. Szanuję, że to żona Jerzego Beresia, że Bereś pochodzi z Nowego Sącza, szanuję to wszystko i jednocześnie nie widzę nic, ale to nic atrakcyjnego w tych różowych flaczkach. Artystka uznawana jest za prekursorkę sztuki feministycznej w Polsce, to jedna z najważniejszych przedstawicielek awangardy drugiej połowy XX wieku w naszym kraju. 

„Mój uroczy pokoik”, 1975, Muzeum Narodowe w Krakowie

 

 
 Akcjonizm wiedeński


Proszę państwa, wisienka na torcie! Najohydniejszy, najbardziej obrzydzający i wzbudzający moralny sprzeciw Akcjonizm Wiedeński, czyli ruch artystyczny w powojennej Austrii, który postanowił walczyć z konsumpcjonizmem i działaniami kościoła katolickiego. Jeden z najbardziej czołowych przedstawicieli tego ruchu, Herman Nitsch zasłynął ze swoich cykli performerskich, w których stałym elementami były krwista farba, rytualistyczne działania, martwe ciała zwierząt, owoce, muzyka i taniec (urocze zestawienie, wiem). Nigdy nie zapomnę wystawy w krakowskim MOCAK-u, gdzie pokazywano filmy Nitcha, zwłaszcza jeden, z zabitym jagnięciem w roli głównej. Owszem, to miała być pewnego rodzaju, nie wiem, przestroga przed światem, który rości sobie prawa do rytualnego zabijania zwierząt, czy też mocny dialog z religią katolicką i ofiarą z baranka, ale widok tego filmu spowodował, że pierwszy raz w życiu naprawdę wymiotowałam na widok „sztuki”. Trauma, tak, to jest właśnie to słowo.

A jakie są Wasze?

Akcja artystyczna Hermana Nitscha, 1970

 

Mogą także Ci się spodobać