Nadwrażliwość to nasza piękna zaleta

O tym, że jestem dziwna pierwszy raz usłyszałam jeszcze w czasach gimnazjum, kiedy dzieci zaczynają być dla siebie wredne i często wartościują swoich rówieśników ze względu na firmę obuwia i powodzenie u płci przeciwnej. Ja nie miałam butów z trzema paskami bo zwyczajnie nie było nas na nie stać, a od chłopców z klasy byłam wyższa o głowę, zawsze więc lądowałam w mało atrakcyjnej szufladzie opatrzonej podpisem: inna. Nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że już wtedy posiadałam coś znacznie cenniejszego niż markowe ciuchy i akceptacja rówieśników: ogromną wrażliwość na świat. Koleżanki często śmiały się, że nigdy nie wyjdę za mąż, bo zawsze będę czekała na jakiegoś nieistniejącego księcia. Mój romantyzm w ich oczach zakrawał o przesadę, w końcu co jest wzruszającego w jakimś durnym filmie czy usłyszanej w radio piosence. Pamiętam, że uwielbiałam spacerować nocą ze słuchawkami w uszach i godzinami wpatrywać się w księżyc. Tylko gdy byłam sama moja wrażliwość nie stawała się obiektem wstydu, tylko sam na sam ze sobą czułam się dobrze i podświadomie przeczuwałam, że tak naprawdę nie ma nic złego w byciu silnie przeżywającym wszystko człowiekiem.

       Tak mijały miesiące i lata, po gimnazjum trafiłam do liceum plastycznego i tam stała się chyba najpiękniejsza rzecz w moim życiu: poznałam ludzi dokładnie takich samych jak ja. Może to ogromne szczęście, że miałam straszną panią od plastyki, bo właśnie w tamtym czasie zrozumiałam, że bardziej od tworzenia interesuje mnie poznawanie sztuki od strony teoretycznej. Ta fascynacja zakiełkowała w mojej głowie rozrastając się na wszystkie strony i nie pozwalając mi spać po nocach, tak więc po zdanej maturze zdecydowałam się złożyć dokumenty tylko na jedną uczelnię i jedyny kierunek jakim była historia sztuki. Właśnie w tamtym czasie okazało się, że moja wrażliwość jest na tych studiach nieoceniona, że nauka i zrozumienie poruszanych zagadnień artystycznych przychodzi mi niezwykle lekko i łatwo, a ja sama czerpie z tego ogromna przyjemność, traktując studia bardziej jako przygodę i pasję niż przykrą konieczność. To był dla mnie niezwykle przyjemny okres w życiu, gdy pojęłam, że ten dar nadwrażliwości okazał się zaletą, z której nie zdawałam sobie wcześniej sprawy i której bardzo często po prostu nienawidziłam.

  Mam wrażenie, że im jestem starsza, tym życie uwiera mnie jakby mocniej, dotyka coraz to ważniejszych i bardziej newralgicznych miejsc. Od wspomnianych czasów licealnych zmieniło się wiele, ale ta najważniejsza zmiana dotyczy chyba akceptacji swojego wnętrza i zrozumienia dla samej siebie. Nie chce się już wstydzić tego, że mnie coś boli – bez względu na to, czy jest to ząb, noga, głowa, czy dusza. Gdy mnie życie uciska, to o tym mówię, szukam odpowiedniego słuchacza, rozmówcy. Kogoś, kto nie powie mi, że są takie rzeczy, o których lepiej nie mówić głośno. 

Brutalna selekcja, którą stosuje od paru lat bardzo szybko pozwala mi odrzucić ze swojego otoczenia tych, przy których nie można i nie warto być sobą. Nie ma nic złego w przeżywaniu i byciu niezwykle wrażliwym człowiekiem – trzymajmy się tego na przekór wszystkim próbom uczynienia z nas ludzi gorszych, dziwnych, innych, nieprzystosowanych do pewnych schematów i ram. 

Wszystko jest z nami w porządku.

 

Mogą także Ci się spodobać