Zrozumieć sztukę: Mark Rotkho, czyli o co chodzi w malarstwie abstrakcyjnym?

Myślę, że stosunek do twórczości Marka Rothko oraz ogólnie, do malarstwa abstrakcyjnego, podzielić można na dwa antagonistyczne obozy: albo się ten rodzaj sztuki kocha, albo ignoruje, czy wręcz neguje jako coś co zupełnie niezrozumiałego. Tej miłości chyba nie trzeba tłumaczyć, bo ona rodzi się w głębi serca, wypływa gdzieś z wnętrza człowieka. Gorzej z ignorancją. Skąd ona się bierze? Dlaczego tak wiele razy słyszymy, że obrazy abstrakcyjne, a więc niefiguratywne, nieprzedstawiające niczego, co budziłoby chociażby odległe skojarzenie z rzeczywistością, wydają się dla wielu tak banalne i „dziecinne proste”? Czy faktycznie abstrakcjoniści to artyści, którzy postanowili pójść na łatwiznę i od lat próbują  wmówić nam, że powinniśmy zachwycać się czymś, co nie ma żadnej artystycznej wartości?

 

Co maluje Rothko?

Mark Rothko. Jeden z najwspanialszych, moim skromnym zdaniem, artystów abstrakcyjnych w historii sztuki, przedstawiciel Color field painting (jednej z głównych tendencji w amerykańskim malarstwie abstrakcyjnym po II wojnie światowej). Był Amerykaninem, który, chociaż uznawany za ikonę abstrakcjonizmu, swoją przygodę ze sztuką rozpoczął od malarstwa figuratywnego. Ten fakt jest istotny, bo szybko obala tezę, że malował „zwykłe” plamy, gdyż nic innego nie potrafił. Potrafił i robił to aż do 1945 roku, bo mniej więcej wtedy nastąpił w jego karierze istotny zwrot w kierunku abstrakcji.

 

Mark Rothko, Portret, 1939

 

 

Mark Rothko, Undergroud Fantasy, ok, 1940

 

Dla artysty nie było to jedynie swobodne i przypadkowe nakładanie farby. Malarz 6 dni tygodnia spędzał w pracowni.  Znany był m.in. z tego, że dużą wagę przywiązywał do pędzli, które używał. Preferował te z miękkiego włosia, dbał o nie, odpowiednio pielęgnował i konserwował. Traktował je jak przedłużenie własnej dłoni. Przy wielkoformatowych realizacjach często stosował pędzle do malowania ścian, robił to jednak bardzo lekko. Dbał o gładką fakturę płótna, bo ona również przyczynia się do odbioru pracy.

 

Mark Rothko, „Fiolet, czarny, pomarańczowy, żółty na biało-czerwonym”, 1949

 

Rothko po mistrzowsku operował kolorami. Znamienne, że nie używał ich wiele – ograniczał się na ogół to dwóch, trzech barw w obrębie jednej pracy.  Ta oszczędność środków nie przeszkadzała mu w osiąganiu niezwykle silnych efektów artystycznych. Kolor na płótnie zdawał się wibrować, a prostokątne płaszczyzny, tak popularne w jego malarstwie, sprawiały wrażenie cofających się lub zbliżających w kierunku do widza. Jego obrazy „pracują”, żyją.

 

Mark Rothko, „Czarny w głębokiej czerni”, 1957

 

Przeżycie artystyczne

Rothko pragnął, aby obraz widza pochłonął, porwał, oszołomił, zachwycił, zdruzgotał. Chciał wywołać w oglądającym silne emocje, pierwotne emocje jak zachwyt czy rozpacz. Uwielbiał duże formaty, przez co kolor mógł dział na widza na wielkich przestrzeniach. Dodatkowo, artysta przykładał ogromną rolę do sposobu eksponowania prac na wystawach. Zwracał uwagę na ich dobór, zestawienie kolorystyczne, odpowiednie oświetlenie oraz odległość z jakiej można je było podziwiać. Właśnie dlatego nawet najdoskonalsza reprodukcja nie będzie w stanie oddać tego, co oferuje spotkanie z takim malarstwem na żywo. Mnie Rothko fascynował już na poziomie grafiki w komputerze, ale przyznaję, że kontakt oko w oko z jego sztuką dosłownie zwalił mnie z nóg. Wiedziałam, że to robi wrażenie, ale nie spodziewałam się, że aż takie. Myślę, że każdy, jeśli tylko będzie miał okazję, powinien doświadczyć tego na własnej skórze. Dopiero po takim doświadczeniu uwierzę, jeśli ktoś mimo wszystko powie, że „Rothko go nie rusza”, bo i tak może się przecież zdarzyć i nie ma w tym nic złego.

 

 

Mark Rothko, „Czerwony, biały i brązowy”, 1957

 

To, co mnie spotkało podczas wpatrywania się w hipnotyzującą plamę pochłaniającego koloru można zdefiniować bardzo ogólnie jako „przeżycie artystyczne”. Niektórzy w kontakcie ze sztuką płaczą ze wzruszenia, inni mdleją, jeszcze inni czują falę rozlewającego się ciepła. Bywa też, że owo przeżycie ma negatywny wydźwięk: wzbudza lęk i niepokój, wprawia w zakłopotanie, powoduje dyskomfort.

Właśnie o to chodzi w sztuce abstrakcyjnej. O wywołanie w nas emocji, wprowadzenie w rozmaite nastroje i stany emocjonalne.

Zapytacie więc: co powinnam/powinienem czuć patrząc na obrazy Rothko? Odpowiedź jest tylko jedna: wszystko to, co chcesz. To jest twoje indywidualne przeżycie i nikt nie ma prawa narzucać Ci schematu, wg którego należy odczuwać sztukę.

Mark Rothko, „Black on Maroon”, 1958

 

„Kolor służy tylko wyrażeniu podstawowych ludzkich emocji – tragedii, ekstazy, zagłady itp. Fakt, że wielu ludzi wybucha płaczem stojąc przez moimi obrazami świadczy o tym, że potrafię tego dokonać”.

Mark Rothko

 

Mark Rothko, „Niebieski i szary”, 1962

 

Po pierwsze: emocje

Zdałam sobie sprawę, że w przypadku zagadnienia sztuki abstrakcyjnej, tytuł mojego cyklu jest niewłaściwy, bo nie rozumienie jest tutaj kluczowe, ale odczuwanie. Malarstwo figuratywne przyzwyczaiło nas do mniej lub bardziej jasnego odczytywania i kategoryzowania określonych przedstawień. Pejzaż, portret, scena historyczna, scena batalistyczna, martwa natura – wszystko to da się stosunkowo łatwo pogrupować, przypisać do danej kategorii, a co za tym idzie, zrozumieć. Z abstrakcją gorzej, bo tym razem otrzymujemy coś zupełnie obcego, zlepek kształtów, form i barw, które nie przypominają nikogo i niczego. I dlatego, pytając o abstrakcję warto skupić się nie na tym „jak to zrozumieć”, bo tym razem nie ma tu nic do rozumienia. Ważne jest  „jak to czuć”. Emocje są tutaj kluczowe.

 

Dobra abstrakcja, zła abstrakcja 

No dobrze, powiecie, ale tyle tego przecież powstaje, zwłaszcza współcześnie. Skąd mamy wiedzieć, które dzieło posiada prawdziwą wartość, a które jest jedynie wyrachowanym i bezwartościowym działaniem, bo i takich niestety nie brakuje. Ciężko dać jedną skuteczną receptę, ponieważ nie ma na to żadnej metody, której można by się nauczyć.  Myślę, że bardzo ważne jest zainteresowanie tą sztuką, opatrzenie się z nią, mobilizowanie do ciągłego oglądania i poznawania nowych prac i artystów. Tutaj dużą rolę odgrywają gusta i przyzwyczajenia, a te, jak wiadomo, kształtują się w nas latami. To trochę jak z muzyką: kiedy się osłuchamy i poznamy różne gatunki muzyczne, bez problemu odróżnimy kiepskie przyśpiewki od prawdziwego talentu wokalnego. Ze sztuką abstrakcyjną jest podobnie. Tutaj także liczą się intuicja oraz rozeznanie w temacie.

 

Mark Rothko, „No. 9,” 1954

Sztuka nie lubi pośpiechu. Czasami żeby coś dostrzec i docenić nie wystarczy jedynie rzucić okiem. Wiem, że to bywa trudne, bo gdy zwiedzamy wielkie muzea i obszerne wystawy naprawdę ciężko jest przemierzać sale powoli i uważnie. Mimo wszystko właśnie to wydaje mi się najważniejsze w zrozumieniu abstrakcji: czas na oswojenie się z pracą. Jeśli przed obrazem znajduje się ławka, warto na niej usiąść i dać malarstwu szansę zadziałać. Czasami wystarczy  „głupie” 5 minut, chwila wyciszenia. Być może przez ten czas nie wydarzy się zupełnie nic. Jest jednak szansa, że zadzieje się magia.

I najważniejsze: nie zrażajcie się. Nie myślcie, że jest coś z Wami nie tak, jeśli nie czujecie z tymi pracami żądnej więzi, nic, co by do Was przemawiało. Sztuka nie mówi do nas wszystkich tym samym językiem, wręcz przeciwnie, każdemu krzyczy, bądź szepta do ucha w sposób, który tylko my sami jesteśmy w stanie zrozumieć. Nie zawsze da się to usłyszeć od razu.

 

Mogą także Ci się spodobać