Gdy jesieni jeszcze nie ma, a lato powoli umiera. Pannonica Festival 2019

To uczucie dopada mnie co roku, za każdym razem o podobnej porze, na przełomie sierpnia i września. Czekam na nie z fascynacją i lękiem, bo wiem, że to jest dla mnie moment bardzo przełomowy i później nic już nie będzie takie, jak dawniej. Mój związek z latem jest mocno skomplikowany. Lubimy się, ale mamy do siebie bardzo wiele zastrzeżeń. Być może dlatego, gdy ta pora roku dobiega końca, czuję ulgę, ale też niewypowiedziany smutek, który zawsze mocno dotyka mnie w najbardziej czułych miejscach.

 

Ten moment, gdy lato pęka

Próbuję jakoś przetrwać ten przejściowy stan, kiedy żal mi długich dni i tych wszystkich ciepłych wieczorów, podczas których myślenie o życiu przychodzi jakby łatwiej. Wiem, że zaraz zacznę tęsknić za skórą muśniętą słońcem, za dotykiem trawy pod bosymi stopami. Wiem, że będzie mi brak tego letniego, ulotnego poczucia banalnej szczęśliwości. Za tym ostatnim będę tęsknić po cichu, w ukryciu, sama przed sobą udając, że przecież wcale mi na tym jakoś bardzo nie zależy. Kocham jesień i zawsze powtarzam, że daje mi najwięcej inspiracji i doznań. Mimo to zawsze o tej przejściowej porze czuję po prostu głęboki smutek.  Dopiero od niedawna, chyba od dwóch lat, próbuję sobie pomóc, żeby nie przeżywać tego aż tak mocno. Szukam sposobów na zatrzymanie chwili, na schwytanie tych ostatnich letnich dni. Skoro tak czy owak wszystko przemija, warto mieć chociażby to wspomnienie, to ciepłe uczucie, które rozlewa się po ciele w momentach, gdy życie smaga nas bezlitośnie chłodem. Myślę, że to właśnie te uczucia utrzymują mnie cały czas na powierzchni.

Pannonica Festival  (29-31 sierpnia)

Ostatnimi czasy jakoś bliżej mi do natury, zwłaszcza wtedy, gdy ciężko mi się robi na duchu. Bardzo lubię uciekać, w różne miejsca, zarówno te w mojej głowie jak i fizycznie: do lasu, nad rzekę – wszędzie tam, gdzie odnajduję spokój. Gdy mieszka się w Beskidzie Sądeckim, naprawdę nie trudno znaleźć przepiękne, wręcz magiczne miejsca, które pozwolą odetchnąć i odpocząć. Chyba dlatego tak chętnie postanowiłam wziąć udział w tegorocznej Pannonice – festiwalu muzycznym łączącym w sobie kultury: bałkańską, cygańską, karpacką i węgierską. Pannonica to jedyny taki festiwal „w krzakach nad Popradem”, i to dosłownie, bo organizowany jest we wsi Barcice, oddalonej od mojego rodzinnego Rytra o całe 5 kilometrów. To tak, jakbym odwiedzała dobrego sasiada, który już od progu wita mnie ciepłą herbatą i opowiada wciąż nowe, wspaniałe historie.

 

Inny, lepszy świat

Na te trzy festiwalowe dni znowu udało mi się uciec, pomimo, że fizycznie, byłam bardzo blisko domu. Tym razem  nie musiałam poszukiwać nowych wrażeń, bo one przyjechały do mnie – ten piękny, kolorowy i różnorodny świat porwał mnie i pochłonął w mgnieniu oka. Pannonica to coś więcej niż ognista muzyka. To styl bycia, pewien hipisowski spokój ducha i sympatia do drugiego człowieka, którą spotyka się dosłownie na każdym kroku. Tutaj życie płynie inaczej, wolniej. Problemy zdają się na chwilę blednąć, myśli robią się bardziej przejrzyste, głowa zdecydowanie lżejsza. W nocy ogień żywiołowej muzyki, w dzień kąpiele w Popradzie, niespieszne rozmowy, bujanie na hamakach – wszystko to, co sprawia, że człowiek czuję się, chociażby przez moment, po prostu bardzo dobrze. Chociaż każdy może być tutaj kim chce, wydaje się, że wszyscy decydują się na bycie sobą i jest to zawsze w pełni akceptowalne przez resztę. I choć różnorodność panońskiej społeczności jest bardzo wyraźna, wszystkich łączą przynajmniej trzy rzeczy: miłość do muzyki i natury oraz szacunek do drugiego człowieka.

 

 

Muzyczne zachwyty

To, co w Pannonice lubię chyba najbardziej, to fakt, że co roku zaskakuje mnie zupełnie nowymi, nieznanymi dotąd dźwiękami. Muzyka na tym festiwalu jest dla mnie jednym wielkim odkryciem, które zostawia długotrwały i niezwykle miły ślad w pamięci. Headlinerem tegorocznej edycji był znany wszystkim Goran Bregović, dla mnie jednak najważniejszym wystąpieniem był chór kobiecy The Bulgarian Voices – Angelite. Po godzinach intensywnego skakania w rytm ognistej muzyki, ten występ był dla mnie swoistym ukojeniem ducha, czymś naprawdę magicznym, czymś, czego nie  potrafię teraz ubrać w żadne sensowne słowa. Już przy pierwszych dźwiękach cudownych głosów, do oczu napłynęły mi łzy i zalały w momencie całą twarz. A że ja już dawno pogodziłam się  i polubiłam z moją wrażliwością, to tak sobie słuchałam chóru pod sceną i popłakiwałam dyskretnie ze wzruszenia. To było dokładnie to samo uczucie, gdy na wystawie widzę ten jeden jedyny obraz, który mnie powala z nóg i sprawia, że mam ochotę patrzeć na niego godzinami, bez przerwy. Czysty zachwyt, poczucie, że dzieją się rzeczy niezwykłe, że jest w tym wszystkim coś mistycznego. Udało się, mam to wyjątkowe wspomnienie w garści i bardzo długo będę je pielęgnować.

 

Syndrom odstawienia

Najgorsze w tym wszystkim są powroty. Zwłaszcza te wewnętrzne, kiedy znowu trzeba wziąć na plecy odłożony na moment bagaż i znowu dźwigać. Ale właśnie dlatego tym bardziej warto czasami uciekać, naładować baterie, zrzucić z siebie wszystkie ciężary i poczuć się przez moment lżej. Nauczyłam się kolekcjonować wspomnienia, wyłapywać te najpiękniejsze, te, które grzeją mnie przyjemnie od środka. Składam je wszystkie razem, jak piękne znaczki w klaserze i odkładam w bezpieczne miejsce. Wyciągnę go już niebawem, gdy znowu dopadnie mnie smutek i życiowy chłód. Będę przypominać sobie różowe zachody sierpniowego słońca, uśmiechy przyjaciół, będę marzyć o czystym, błękitnym niebie nad Barcicami, będę  słyszeć w myślach cudowne głosy bułgarskiego chóru.

I będzie mi się żyło troszkę lżej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Materiał powstał dzięki uczestnictwu w Inspire Campie 2019, realizowanym przez Organizatora 7. edycji Pannonica Festival. Dziękuję, to było wspaniałe doświadczenie.

 

Mogą także Ci się spodobać