Wrażliwość robi ze mną straszne rzeczy

Za każdym razem gdy rozszalała fala emocji zalewa moją głowę, myślę o tym, że nie potrafię dać jej odpowiedniego ujścia. Ilekroć, gdy czuję głęboką złość, ból bądź gdy mocno coś przeżywam, męczy mnie poczucie, że nie umiem tego w żaden sposób zmaterializować. Bardzo często miewam wspomniane stany wewnętrznego pobudzenia, które mnie szalenie stymulują, ale nie potrafię ich odpowiednio wykorzystać, choć bardzo bym chciała.

Czuję się jak bezużyteczna bomba, która tyka, ale nie jest w stanie nawet porządnie wybuchnąć. Muzyka, fotografia, sztuki wizualne. Boli mnie, że niczego takiego nie potrafię.

 

Egon Schiele, „Leżąca”, 1918

 

Wrażliwość robi ze mną straszne rzeczy. Uwielbiam te rozmaite i dziwne stany, ale równie mocno ich nienawidzę. To jest najbardziej skomplikowana relacja w moim życiu, idealna, aby zobrazować znaczenie słowa „ambiwalentny”. Ci, którzy mają podobnie, zrozumieją mnie bez słów, zastanawiam się jednak jak opisać to, co się we mnie dzieje całej reszcie, dla której tego typu rozdarcia emocjonalne są obce.

To jest trochę tak, jakby ktoś trzymał palec na włączniku światła i cały czas się nim bawił. Czasami rzadziej, czasami częściej. Cały czas włączał i wyłączał. Ten guzik jest gdzieś głęboko we mnie i używany, sprawia, że świat, który mnie otacza zaczynam postrzegać w zupełnie nowy sposób. Tu liczą się detale, drobne niuanse: dźwięk muzyki, zjawiska atmosferyczne, światło, obrazy, gesty, słowa, ciężko jest wymienić wszystko. Częstotliwość jest zmienna, zależy od nastroju, dnia, od wielu rożnych rzeczy. Bywają momenty, gdy jestem od tego wolna, ale to wraca. Zawsze.

 

Egon Schiele, „Kucająca”, 1918

 

Nie wiem do czego to porównać. Te emocje czasami są jak dotyk w przyjemnych miejscach, który nigdy nie prowadzi do żadnego finiszu, innym razem jak szczotka, która wplątała się we włosy i której nie jestem w stanie odciągnąć od głowy. Czuję coś szalenie mocno i nie mogę z tym nic zrobić. Jakbym krzyczała w środku, z zamkniętymi ustami. Z uśmiechem na twarzy. Nie zliczę ile razy już chciałam o tym komuś powiedzieć. Ale jak? Przecież nie umiem tego ubrać w słowa, nie potrafię jakkolwiek wyrazić. Dopiero dziś, pod wpływem kolejnej fali, zdecydowałam się na nieudolną próbę opowiedzenia o tym, cały czas mając z tyłu głowy świadomość, że to i tak się nie uda.

 

Często towarzyszy mi przeświadczenie, że gdybym  wylane łzy i dygot serca potrafiła zamienić w  adekwatne do danego uczucia słowo, stworzyłabym dobry poemat. Tymczasem ja nieustannie tykam i palę się od środka. I nawet nie potrafię wybuchnąć. Spłonąć też nie.

 

cover photo: Egon Schiele, „Leżąca”, ok. 1910

Mogą także Ci się spodobać