Z bliska: „Autoportret” Francisa Bacona

Jakiś czas temu usłyszałam opinię, że sztuka powinna być ładna, ponieważ jej zadaniem jest dostarczanie przyjemności estetycznej i duchowej. Szanuję takie podejście, bo wynika zapewne z wewnętrznej potrzeby głoszącego pogląd, mi jednak jest z tym założeniem trochę nie po drodze. Nie chciałabym dywagować przy tej okazji o tym, co ładne, a co nie, bo w tym temacie można napisać wiele i byłby to przyczynek do bardzo poważnej i rozległej dyskusji. Nie tym razem. Dzisiaj pragnę pokazać Wam wyjątkowy obraz Francisa Bacona jako przykład sztuki zdecydowanie wymykającej się poza granice ogólnie przyjętej „ładności”. Sztuki, która jest mi potrzeba równie mocno, co nastrojowy, łagodzący skołataną duszę pejzaż.

 

Francis Bacon, Self-Portrait, 1969, Fair Use

Zbawienna „brzydka” sztuka

Czasami, gdy jestem wkurwiona ładne dla oka rzeczy mnie nie satysfakcjonują. To działa, gdy szukam ukojenia, ale nie gdy potrzebuję się wykrzyczeć. Czasami jest tak, że jestem wściekła i mnie nosi. Czuję wtedy to niewygodne kłucie w środku, trzęsą mi się ręce, głos drży, przekleństwa cisną na język. Właśnie wtedy sięgam po prace, które podkręcają moją złość i wywołują dyskomfort. Wybieram wtedy rzeczy dziwne, bardzo chętnie sięgam  na przykład po deformacje. Niepokój, który wtedy odczuwam pomaga mi wrócić na normalne tory. Dochodzę do ściany, fala emocji zaczyna opadać, uspokajam się. Mam tak samo w przypadku muzyki: gdy mi smutno, bardzo często dobijam się dołującymi utworami jeszcze bardziej i dzięki temu dochodzę do momentu, gdy nie pozostaje już nic innego jak odbić się od dna.

Autoportret z 1969 roku

Gdy jestem wkurwiona sięgam po Bacona. Dawno go nie oglądałam, bo to nie jest w mojej ocenie sztuka, po którą sięga się tak, o, rekreacyjnie, dla rozrywki. Ładunek emocjonalny w jego pracach jest tak duży, że na dłuższą metę bardzo ciężko się to trawi, przynajmniej w mojej ocenie. Ale dziś pasuje jak ulał. Dziś patrzę na „Autoportret” z 1969 roku i ta deformacja przynosi mi dziwną satysfakcję. I ulgę. Wiem, że to może wydawać się dziwne w kontekście pracy, która przedstawia mężczyznę o zdeformowanej, nabrzmiałej twarzy. Fioletowy odcień skóry sugeruje sińce, albo obumieranie tkanek. Nie jest to w żadnym wypadku kolor, który kojarzy się z witalnością. Mimo to jest w tym obrazie coś naprawdę pięknego, coś, co sprawia, że nie mogę oderwać wzroku. Jest bardzo niepokojący i w moim odczuciu szalenie piękny.

Ekspresjonizm

Francis Bacon był przedstawicielem nurtu figuracji i ekspresjonizmu, chociaż zaczynał pod wpływem fascynacji Picassem. Bohaterem jego prac jest na ogół człowiek samotny, wyobcowany, przygnębiony. Bacon wybiera ciężki temat i dodatkowo podkręca go poprzez liczne zabiegi malarskie, takie jak deformacja, przekłamywanie perspektywy czy stosowanie krzykliwych barw nakładanych grubymi impastami. Postaci (w tym również samego siebie) malował zawsze osadzając w bliżej nieokreślonej przestrzeni, co podkreśla alienację i dziwność scen. Jego sztuka jest bardzo dramatyczna i zdaję sobie sprawę, że dla wielu może być bardzo trudna w odbiorze. Bacon jest niewygodny i chropowaty, ciężko w jego sztuce doszukać się chociażby grama optymizmu. Są jednak takie dni i takie momenty w życiu każdego człowieka, gdy świat, zamiast jedwabiu, oferuje papier ścierny. I ja, będąc w takim momencie, postrzegam w tym malarstwie coś na kształt niewerbalnego porozumienia.

 

PS Obiecuję, że napiszę Wam kiedyś o Baconie, bo to szalenie interesująca i dramatyczna postać w świecie sztuki. Szalenie utalentowany, boleśnie odrzucany, poniewierany przez trudne doświadczenia. To wszystko miało ogromny wpływ na to, co i w jaki sposób tworzył.

PS 2 Przekleństwa są częścią mojego życia. Czasami po prostu muszą się pojawić.

Mogą także Ci się spodobać