Dzieciństwo z pewnością niebeztroskie, czyli kilka bardzo silnych wspomnień

 

Stoimy w kolejce do kasy, Antoś siedzi w wózku i zaczyna się niecierpliwić. Pokazuję mu książeczkę, którą mamy w koszyku, kolorowe słoniki tańczą wesoło i w mig poprawiają mojemu dziecku humor.
Och, ileż by człowiek dał, żeby znowu stać się się dzieckiem, zero zmartwień, zero trosk – powiedziała stojącą za nami starsza pani, przyglądając jak mały z zaciekawieniem wertuje strony bajki i piszczy na widok wesołych zwierzątek.

Uśmiechnęłam się do niej szczerze, była miła, a jej pogodna twarz promieniała niezwykłą łagodnością. Gdzieś w środku jednak się z nią nie zgodziłam. Wszystkie te wspomnienia, które noszę i obrazy, jakie podsuwa mi pamięć, przywołują mi na myśl dzieciństwo barwne i intensywne, pełne radości i uśmiechu, ale też leków i dziwności, które razem wzięte, sprawiają, że słowo beztroska, w kontekście mojego dorastania, jednak nie przechodzi mi przez gardło.

Nie uważam, żeby moje dzieciństwo było złe, czy nosiło znamiona jakichkolwiek traum. Wręcz przeciwnie, myślę, że było naprawdę piękne, ale obciążone, w sposób nieunikniony, różnego rodzaju doświadczeniami, które nadawały mojemu dorastaniu różnorodne, niejednokrotnie także ciemne barwy. Kiedy myślę o tym dziecięcym bagażu, który rósł, i nadal rośnie z wiekiem, określenie czas bezstroski wydaje mi się mocno niewystarczające.

Nie ma dzieci, są ludzie, ale o innej skali pojęć, innym zasobie doświadczenia, innych popędach, innej grze uczuć.

Janusz Korczak

 

***

Lilie

Lipiec. Mam 12 lat. Na zewnątrz jest strasznie duszno. Siedzimy w pokoju urządzonym w piwnicy. Ktoś zasłonił kotary, które tłumią światło słoneczne i stwarzają atmosferę niepokoju. Słońce próbuje przebić się przez gruby materiał, ale jedynie lekko go prześwietla, podkreślając chropowatą fakturę materiały. Ciężki i słodki zapach białych lilii zdaje się oblepiać wszystko dookoła. Pomimo, że znam to pomieszczenie bardzo dobrze, tego dnia wydaje mi się obce i złowrogie. Gęsta ciszę co chwilę przerywa odgłos pociągania nosem. Ktoś płacze. Nie poznaję tej kobiety, to jakaś dalsza ciotka, którą widzę pierwszy raz w życiu. Ukradkiem spoglądam na opuchnięte oczy mamy, która ukrywa twarz w higienicznej chusteczce. Na środku, na katafalku stoi trumna. Wiem, że leży w niej wujek Jasiu. Umarł i wszystkim jest strasznie przykro. Lubiłam go, robił meble z drewna i tata mówił, że był fantastycznym stolarzem. Mieszkaliśmy kilkaset metrów od siebie, zawsze przychodził do nas w niedzielę po obiedzie, żeby pooglądać z nami telewizor i zjeść galaretkę z bitą śmietaną  i truskawkami.  Wiem, że już nigdy nie przyjdzie. Boje się popatrzeć na niego ten ostatni raz, ale ciekawość wygrywa. Dotykam jego zimnej dłoni i zdaje sobie sprawę, że jego tam już niema.

John Singer Sargent, „Goździk Lilia, Lilia, Róża”, detal, 1885-1886, Tate Britain

 

***

Zombie

Mam ok. 10 lat. Kilometr od domu jest bardzo popularny hotel. Chodzimy tam często we wakacje, żeby kąpać się w fontannie i z ciekawością oglądać ludzi, którzy przyjeżdżają do nas na wczasy. Powyżej hotelu jest mało uczęszczany, odkryty basen, którego betonowe wnętrze czasem wypełnia się wodą i można sobie popływać. Ja nie umiem robić tego zbyt dobrze, ale mam pomarańczowe kółko i udaję, że pływam równie znakomicie jak moje sąsiadki. Tego dnia nad basen przyszła kolonia młodzieżowa, chłopcy i dziewczyny, trochę starsi ode mnie. On jest ubrany na czarno i ma ze sobą magnetofon na kasety. Stawia go na kamieniu i włącza piosenkę. Głos kobiety wydaje mi się strasznie przygnębiający i dziwny, z resztą jak i cały utwór. Siadam na rozłożonym na trawie kocu i czuję się strasznie źle, a do oczu płyną mi łzy. Strasznie się tego uczucia wstydzę.

PS Ta piosenka to Cranberries – Zombie.

***

Mama

Mam ok. 6 lat. Mama poszła do sklepu, a ja zostałam w domu z babcią. Czas, gdy jej nie ma wydaje mi się nieskończonością. Przez małe okienko przy łóżku spoglądam co chwilę na drogę, żeby sprawdzić, czy przypadkiem już nie wraca. Z utęsknieniem wypatruję jej jasnej głowy, wyłaniającej się zza płotu sąsiadów. Gdy długo jej nie ma nachodzą mnie myśli, że coś jej się stało i nigdy jej już nie zobaczę. Słyszałam, że tak czasami bywa, że ludzie wychodzą z domu i już nigdy do niego nie wracają. Boje się, że tak samo stanie się z mamą. Pamiętam, że ze strachu o nią często płakałam. Na szczęście zawsze przychodziła.

Tadeusz Makowski, „Dwoje dzieci”, ok. 1930, kolekcja prywatna

 

***

Ciężarówka

Mam ok. 7 lat. Syrena rozbrzmiewa złowrogo w całej wsi, odbijając się echem od gór. Gdy wyła było wiadomo, że stało się coś złego.  Na ogół ktoś podpalał trawę i dźwięk syreny zwoływał wszystkich strażaków, babcia jednak twierdzi, że na trawę wyją inaczej i tym razem wydarzyło się coś innego, jakiś wypadek. Okazało się, że niedaleko nas, z wysokiej skarpy spadła ciężarówka. Wszyscy w domu mają grobowe miny, ale nit nie chce mi powiedzieć o co dokładnie chodzi. Z szeptanych rozmów wyłapuję słowa, „zginęli”, „dzieci”, „kierowca”. Wydaje mi się, że widziałam tam tę rozbitą ciężarówkę, chociaż miesza mi się to, co jest wspomnieniem, a co wizją wykreowaną przez wyobraźnię. Zawsze myślę o tym wypadku, gdy przechodzę obok tej skarpy, chociaż minęło już ponad dwadzieścia lat.

 

***

Diabeł

Mam ok. 8 lat. Odwiedzam koleżankę mieszkającą nieopodal mnie. Gdy się spotykamy ona ma bardzo przestraszoną minę i mówi, że musze coś zobaczyć. Za domem, na stole leży pęknięta szklanka. Pękła na pół, niemal symetrycznie, dzieląc szkło na dwie jednakowe części. – Widziałaś kiedyś, żeby tak pękało szkło? – mówi przyciszonym głosem – wczoraj był u mnie diabeł i to on rozbił ją na dwie identyczne części – dodaje i prowadzi mnie przed drzwi wejściowe. Są strasznie obdrapane, jakby ktoś skrobał drewno pazurami. Czuję, że ze strachu na rękach robi mi się gęsia skóra. – Diabeł chciał wejść do domu, ale dziadek zna zaklęcie i go przegonił – kontynuuje koleżanka, a ja w przerażeniu uciekam do domu. Opowiadam wszystko mamie, która mnie uspokaja. Mówi, że ślady zrobiły zwierzęta hodowane przeze dziadka koleżanki. Nie pamiętam czy jej uwierzyłam.

Tadeusz Makowski, „Lucyfer”, ok. 1932

***

 

Spodnie

Mam 11 lat. Starsze dziewczyny z podstawówki noszą spodnie z kieszeniami po bokach. Bardzo o takich marze, ale wiem, że rodzice nie mają kasy, żeby mi takie kupić. Mama wpada na pomysł, że doszyje mi takie kieszenie do starych spodni. Podobają mi się, dopóki jedna z dziewczyn nie wytyka mnie palcem i oznajmia, że mam beznadziejne kieszenie, bo nie są oryginalne. Czuje się od niej gorsza, brzydsza i głupsza. Jest mi głupio, mam ochotę zapaść się pod ziemię. Unikam jej na korytarzu, bo boje się, że nie da mi spokoju. Spodnie przestają mi się podobać. Z zazdrością spoglądam na jej bojówki i jeansy z czerwonym znaczkiem „Levi’s” przy tylnej kieszeni. Minie jeszcze bardzo dużo czasu nim zrozumiem, że miarą mojej wartości nie są modne spodnie z jakimś pieprzonym logo.

Mogą także Ci się spodobać