Jak połączyć modernizm z nowotworem i gruźlicą, czyli parę słów o sanatorium „Odrodzenie” w Zakopanem

Prezent, którego nikt nie chce

We wrześniu 2019 roku dowiedziałam się, że czeka mnie operacja. Biopsja wykazała, że wykryty guz na tarczycy to rak złośliwy. Pamiętam dobrze ten moment, pracowałam wtedy w sądeckim skansenie, który w słoneczny jesienny dzień prezentował się wyjątkowo malowniczo. W tak uroczej scenerii dowiedziałam się, że mam raka. Nie ktoś inny, obcy, ktoś daleko. Ja. Piękny prezent na 30 urodziny, nie ma co.

Bałam się bardzo, ale strach mieszał się z poczuciem, że prawdopodobnie wszystko będzie dobrze. Jestem bardzo wdzięczna lekarzom, którzy od początku bardzo jasno i rzetelnie uświadamiali mnie na czym polega rak brodawkowaty. Dzięki temu na starcie wiedziałam, że ten typ nowotworu bardzo dobrze się leczy i po prostu trzeba go wyciąć, razem z całym gruczołem. Rak bezobjawowy jest dziwnym doświadczeniem. Nie cierpisz fizycznie i  jest to niewątpliwy powód do wielkiej radości, ale jednak wiesz, że jesteś chora. Cały ciężar choroby ulokował mi się w głowie. Waga ciężka, zdecydowanie.

Miasto w cieniu gruźlicy

Od momentu diagnozy wszystko potoczyło się w bardzo szybkim tempie. Na operację zostałam skierowana do szpitala „Odrodzenie” w Zakopanem, specjalizującego się w chorobach płuc oraz leczeniu chorób tarczycy. Nie ukrywam, że byłam tym faktem zafascynowana, szczególnie, że Zakopane to jedno z moich ulubionych polskich miast. Oczywiście wolałabym pojechać na wycieczkę w Tatry w trochę innych okolicznościach, ale skoro los zesłał mi takie doświadczenie, postanowiłam znaleźć w tym wszystkim jakieś dobre strony.

Widok na Giewont, Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

Kiedy słyszymy „Zakopane”, pewnie jako pierwsze przychodzą nam na myśl Tatry, Krupówki czy Gubałówka. Tych skojarzeń będzie wiele, ale zakładam, że słowo „gruźlica” pojawia się w wyliczance bardzo rzadko, o ile w ogóle. Na przełomie XIX i XX wieku to właśnie leczenie gruźlicy stanowiło fundament wpływający na urbanistyczno-architektoniczny rozwój miasta i czyniło z Zakopanego główny tego typu ośrodek w kraju. Górskie kurorty uznawano za idealne miejsca do lokowania sanatoriów przeciwgruźliczych, ze względu na panujące tam warunki klimatyczne, czystość powietrza, ciśnienie, temperaturę oraz promieniowanie słoneczne [1]M. Krupa, P. Mazik, K. Szpilka, „Nieobecne miasto”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016. Zakopane na przełomie wieków swoją urodą niewątpliwie wabiło wybitne postaci związane z kulturą i sztuką, dla wielu z nich pobyt wiązał się jednak z leczeniem choroby.

 

Głównym Bohaterem opowiadania J. Iwaszkiewicza pt. „Brzezina” był chory na gruźlicę Stanisław. Tutaj kadr z filmu o takim samym tytule w reż. A. Wajdy z 1970 r.

 

Początkowo gruźlica była wyznacznikiem statusu społecznego i postrzegano ją pozytywnie, a gruźliczy typ urody uważano wręcz za atrakcyjny. Słynnymi gruźlikami byli m.in. Stanisław Witkiewicz, Stefan Żeromski, Karol Szymanowski czy Fryderyk Chopin, chorobę utożsamiano więc z twórczością i szlachetnością[2]M. Krupa, P. Mazik, K. Szpilka, „Nieobecne miasto”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016. O wiele mniej mówiono i pisano o chorujących robotnikach czy zwykłych mieszkańcach, tymczasem bezlitosne i śmiertelne prątki Kocha dopadały  wszystkich, bez wyjątku.

Sanatorium „Odrodzenie” 

Mając na względzie ów wątek gruźliczy, zaczęłam szukać informacji o historii szpitala. Wiedziałam, że po prostu muszę zaserwować sobie jakiś zastępczym temat, który mnie pochłonie, w przeciwnym razie stres przed operacją pożre mnie żywcem. Kurczę, pomyślałam, to w sumie jest bardzo w moim stylu – połączyć chorowanie na nowotwór z zachwycaniem się zakopiańską architekturą.

Sanatorium „Odrodzenie”, lata 30. XX wieku, Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

Jakaż była moja radość, gdy okazało się, że „mój” szpital powstał w dwudziestoleciu międzywojennym jako sanatorium przeciwgruźlicze! Nowoczesny, modernistyczny budynek został zaprojektowany w latach 1927-1932 przez Wacława Krzyżanowskiego, znanego m.in. z projektu Biblioteki UJ oraz gmachu AGH w Krakowie. Wcześniej, przed powstaniem szpitala oddziały sanatoryjne znajdowały się w willach „Słoneczna” oraz „Lithuania”, ulokowanych na  południowym zboczu Gubałówki, obecnie tuż nad szpitalem.

Gdy zameldowałam się w placówce dzień przed planowaną operacją okazało się, że sale są przepełnione i wysłano mnie na jedną noc do wspomnianej Willi Słonecznej. Byłyśmy tam prawdopodobnie tylko we dwie – ja i moja szpitalna koleżanka, która czekała na tę samą operację. Z okna dużego, trochę staromodnego pokoju obserwowałam wyłaniający się zza drzew gmach szpitala. Byłam zdenerwowana, ale spałam dobrze, dzięki tabletce uspokajającej, którą dostałam od pielęgniarki. Rankiem, na drugi dzień zostałam zupełnie sama, ponieważ moja współtowarzyszka miała operację o 7 rano. Ja byłam po niej i czekałam w willi na telefon, że to już. Tego dnia widziałam pierwszy październikowy śnieg, rozświetlony przez wychodzące zza chmur słońce.

Chciałabym bardzo nazwać emocje, które mi wtedy towarzyszyły, ale nie potrafię. Brak mi pomysłów jak opisać ten stan, gdy chora na raka, siedzę w pustej willi o gruźliczej historii i czekam na wycięcie nowotworu, obserwując płatki śniegu wirujące na tle Giewontu i szczękając przy tym zębami ze strachu.

Jedna z sal sanatoryjnych, 1934, Narodowe Archiwum Cyfrowe

Lęk z widokiem na Giewont

Po przebudzeniu się w sali pooperacyjnej przywitał mnie widok na Giewont. Pomyślałam sobie, że widzę z okna dokładnie to samo, co pacjenci sanatorium sprzed kilkudziesięciu lat. Dostrzegałam coś niepoprawnie romantycznego w poczuciu, że, podobnie jak oni niegdyś, spoglądam na majestat szczytów i w moje serce wlewa się ukojenie. Wiele czasu spędzałam, spacerując powoli po piętrach szpitala, z archiwalnymi zdjęciami sanatorium pobranymi na telefon. Sporo miejsc było dla mnie niedostępnych, wiele z nich na przestrzeni kilkudziesięciu lat się zmieniło, ale mimo to cały czas czułam duszę tego miejsca. Skłamałabym, pisząc, że mnie to nie fascynowało. To był największy w moim życiu, emocjonalny rollercoaster, dlatego spojrzenie w przeszłość pomagało mi to przetrwać. Na korytarzu spędzałam więcej czasu niż w sali. Siadałam zazwyczaj na jednym z parapetów i obserwowałam ludzi. Nie w nachalny sposób, raczej dyskretnie podnosiłam wzrok znad książki[3]Przez cały pobyt w szpitalu towarzyszyła mi książka pt. „Nieobecne miasto”. Jest to wyśmienita lektura, niezwykle interesująca zwłaszcza dla tych, którzy chcieliby poznać dawne … Continue reading. Większość pacjentów borykała się z nowotworami płuc, dlatego słysząc ich kaszel momentami nie byłam pewna, czy to 2019 rok czy jednak dwudziestolecie międzywojenne, o którym się tak rozczytywałam. Wiem, że to się może teraz wydawać śmieszne, ale człowiek w skrajnych momentach życia robi wszystko, żeby zaserwować sobie ukojenie.

 

***

Czekałam ponad rok, żeby rozprawić się z tym szalenie silnym i ważnym wspomnieniem. Długo nie chciałam pisać o doświadczeniu nowotworowym, tak samo jak nie chciałam udawać, że nic się nie wydarzyło. Mój obecny status zdrowotny można uznać za dobry i stabilny, daleko mi jednak do poczucia, że zawsze wszystko będzie dobrze. Nie wiem co przyniesie jutro, ale ta niewiedza nie stanowi dla mnie żadnego ciężaru. Nie myślę o tym co będzie, a to, co było traktuje jak jedno z najważniejszych, o ile nie najważniejsze, doświadczeń w moim życiu.

 

Sala rekreacyjna, broszura pt. „Sanatorjum Odrodzenie w Zakopanem”, lata 30. XX wieku, Małopolska Biblioteka Cyfrowa

 

Leżalnia południowo-zachodnia, broszura pt. „Sanatorjum Odrodzenie w Zakopanem”, lata 30. XX wieku, Małopolska Biblioteka Cyfrowa

 

References

1, 2 M. Krupa, P. Mazik, K. Szpilka, „Nieobecne miasto”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016
3 Przez cały pobyt w szpitalu towarzyszyła mi książka pt. „Nieobecne miasto”. Jest to wyśmienita lektura, niezwykle interesująca zwłaszcza dla tych, którzy chcieliby poznać dawne Zakopane od zupełnie nieznanej, często zapomnianej strony.

Mogą także Ci się spodobać