Czasami wsadzam palec w dziurę w brzuchu, pomimo, że mnie boli

Od jakiegoś czasu przestałam katować się smutnymi piosenkami. Trochę z braku czasu, a trochę dla spokoju ducha. Za dużo czuję na swoich barkach, żeby móc jeszcze dźwigać ten ciężar, który spada nagle pod wpływem przytłaczających dźwięków. Dawniej naprawdę przesadzałam. Tak sądzę, bo słuchanie muzyki, która sprawia, że twarz robi się czerwona i spuchnięta od płaczu to chyba jednak nie jest jakiś rewelacyjny sposób na spędzanie wolnego czasu. Zawsze robiłam to nocą. Wtedy, gdy, jak słusznie stwierdziła Małgorzata Hillar, „gryziemy z bólu ręce, umieramy z miłości”.

Lżej mi bez tego, jakoś łagodniej. Pomyślałam nawet: starzeje się, po prostu mi już przeszło. No bo przecież mogło mi to minąć, ta masochistyczna potrzeba smutku, która korci, żeby znowu włożyć palec w dziurę w brzuchu, pomimo, że boli. Po co mi to. Nie chcę, wolę żyć bez tego.

A później włączam ten jeden jedyny utwór i rozsypuję na milion kawałków. Czuje się  źle, bo nagle tracę grunt pod nogami. Łzy momentalnie napływają mi do oczu. Nie chce płakać, ale to się dzieje samo. Nie wyłączam, wręcz przeciwnie, daję od nowa. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Czuje się kiepsko, czuje się dobrze.  Dziura w brzuchu mnie boli. Bardzo za tym tęskniłam.

Jakaś mała cząstka mnie zawsze szlocha w środku. Zapominam o tym, a raczej nie chce pamiętać, ale to wraca jak bumerang. Czasami myślę, że chciałabym uciec, ale to niemożliwe. Przecież nie da się uciec od samej siebie.

 

 

 

 

 

Mogą także Ci się spodobać