Pejzaż, którego potrzebuję, pejzaż, do którego tęsknię

Jan Stanisławski, „Wiosna na Krzemionkach w Krakowie”, 1906, MNK

Jako nastolatka ze wsi marzyłam o wyjeździe do dużego miasta. Pamiętam tę ekscytację na myśl o nowych perspektywach, widokach za oknem, wysokich kamienicach, ruchliwych ulicach, fajnych sklepach, koncertach, wystawach. Marzyłam o tym świecie, chciałam się nim nacieszyć, najeść i kiedy przyszedł czas studiów w Krakowie, na samym początku wydawało się, że to będzie całkiem fajna przygoda. Kilka miesięcy zajęło mi zrozumienie, że na dłuższą metę to miasto niestety jest dla mnie zupełnie niestrawne i zaczyna mi szkodzić.  

Obecnie mam czasami ochotę uciekać nawet z Nowego Sącza, chociaż to małe, spokojne i prowincjonalne miasteczko. Chowam się jak dzikus w parkach i zielonych zakątkach, starając się osłabić silny strach przed tłumem i spojrzeniami, które osądzają mnie surowo i rozliczają z każdego ruchu, z każdego gestu. Gdy jest mi już tak bardzo źle, zwłaszcza psychicznie i mam serdecznie dość tego, że wszędzie na każdym kroku muszę spotykać ludzi, czy tego chce czy nie, zaczynam strasznie tęsknić do miejsc, gdzie ich po prostu nie ma, do natury, górskiego szlaku, lasu, rzeki, która płynie tuż obok mojego rodzinnego domu. 

Jan Stanisławski, „Bodiaki”, 1902, własność prywatna
Parę lat temu duże miasta wzbudzały we mnie spore kompleksy, ale dziś odwracam się od nich z uniesioną głową i w pełni świadomie powracam tam, skąd jeszcze kilka lat temu chciałabym uciec. Z racji, że życie  nieustannie wymusza na nas większe i mniejsze kompromisy, ja zdecydowałam się na małe miasteczko, które pozwala żyć całkiem wygodnie i ze świadomością, że w każdej chwili mogę z niego uciec do pobliskich lasów i wiosek. Beskid Sądecki mocno mnie rozpieścił, od najmłodszych lat serwując multum możliwości do tego, aby odetchnąć czystszym powietrzem i ucieszyć się jak dziecko na widok sarny przebiegającej tuż przed nosem. 

Jan Stanisławski, „Stodoły w Pustowarni”, 1903, MNK
Fakt, że dojrzałam do adorowania natury wiążę się moim wielkim zachwytem nad malarstwem pejzażowym, które kiedyś wydawało mi się zwyczajne i pospolite. Dopiero dziś widzę, że te określenia nacechowane są pozytywnie, a to, co na pierwszy rzut oka wydaje się być „zwykłe”, w rzeczywistości kryje w sobie wszystko to, do czego tak bardzo tęsknie. 

Jan Stanisławski, „Chaty przy księżycu”, 1903, MNW


Czuje się z tym dobrze, z myślą, że potrafię rozpłakać się na widok pędzących po niebie chmur, że wzrusza mnie śpiew ptaków i szum rzeki, że umiem zatrzymać się, żeby podglądnąć jeża maszerującego polną ścieżką. Zauważyłam, że umiejętność dostrzegania prostych uroków natury przekłada się na bardziej świadome przeżywanie codzienności, złożonej z miliona drobiazgów,  które często zbyt szybko umykają przez palce.

Doceniam bardzo te momenty, w których potrafię zwolnić. 

Mogą także Ci się spodobać